“Normalnie stary, żarcie jest tanie, najlepszy ketchup na świecie.”

“Stany stany, hajowa jazda” – śpiewał Muniek Staszczyk, zapewniając, ze w Stanach jest inaczej. “Normalnie stary, żarcie jest tanie, najlepszy ketchup na świecie.” Rzeczywiście, ‘żarcie’ jest tanie – to, które kupujesz w supermarkecie lub w restauracji szybkiej obsługi – za dolara można mięć hamburgera na lunch, lub odgrzać sobie pizze w mikrofalówce. Amerykanie nie maja czasu na gotowanie, ich zamrażarki pełne są naleśników, gofrów, hamburgerów i innych wszelakiej maści dóbr do przygotowania w minutę. Do tego obowiązkowo cola, która pije się rano, w południe i wieczorem. Nic dziwnego, ze otyłość to poważny problem, z jakim borykają się nie tylko dorośli, ale i dzieci. Jak powiedziała moja przyjaciółka, zdrowe jedzenie jest zbyt kosztowne. Funt mięsa na hamburgera, do tego trochę zieleniny, pomidor, ser… po podsumowaniu rzeczywiście okazuje się, ze kosztuje to więcej, niż zestaw nr5
w McDonaldzie.

Za każdym razem, gdy tu jestem, tęsknię za kuchnia mojej Mamy – wszystko świeże, chrupiące, kupione na bazarze. W Stanach bazary to rzadkość, tutaj wszystko kupuje się w supermarkecie. Produkty z Europy są drogie, wiec wybieram te amerykańskie – sok pomarańczowy lub mleko – 2$ za galon!!! Chleb – 99 centów. Na obiad makaron z sosem, zamrożona pizza lub ryz z warzywami. Jeśli mam ochotę na coś bardziej wykwintnego, idę ze znajomymi do restauracji, ale muszę się przygotować na wydanie co najmniej 15-20 dolarów, za które – po szybkim przeliczeniu – kupiłabym kilka kilogramów owoców i warzyw lub mrożonki na co najmniej tydzień czasu.

Po raz pierwszy jestem w Stanach sama, bez grupy znajomych, z którymi można by podzielić koszty utrzymania. Tym razem jest inaczej – czynsz, ubezpieczenie samochodu plus paliwo, rachunek za telefon – po odliczeniu wszystkich niezbędnych opłat pozostaje mi skromna sumka, która staram się odkładać na koncie, by moc odwiedzić znajomych w Los Angeles i nie zaglądać non-stop do portfela w obawie, ze biedzie pusty.

Zycie na własną rękę w Cleveland, Ohio, gdzie obecnie przebywam, jest porównywalne do życia w Polsce. W przeliczeniu na złotówki zarabiam więcej, ale w Polsce nigdy nie płaciłam za rachunek telefoniczny 150zl! Jedno, co na pewno jest transze, to odzież – trzeba jednak wiedzieć, gdzie szukać – w outlecie można kupić firmowe ubrania nawet do 70% taniej. Ostatnio zakupiłam bluzę Rocawear przeceniona z 78$ na 12.99! Przyznaje, jestem tzw. bargain shopper – zawsze najpierw zaglądam do przedziałów z napisem SALE. A w Stanach takie sekcje znajdują się w każdym sklepie.

Jestem dumna, kiedy uda mi się upolować coś wartościowego za rozsądną cenę. Mogę tylko upajać się widokiem koleżanek, które otwierają usta ze zdziwienia „Naprawdę tylko tyle? Wow!”
Monika