Budżet domowy po kryzysie – tropiciele Yeti

budżet domowy po kryzysie

budżet domowy po kryzysieKryzys był dla nas na początku jak yeti: media o nim huczały, ale myśmy go nie widzieli. Byliśmy parą zakochanych, młodych, pracujących za „dobre jak na warunki polskie” pieniądze. Kredyt na mieszkanie „się płacił”, dwa samochody „się tankowały, ubezpieczały i serwisowały”, a lodówka „się napełniała” w cudowny sposób.

Urodziło nam się dziecko. Ja zrezygnowałam z pracy, żeby nim się zająć. Niby naturalna sprawa. Niestety, z jednej pensji pieluszki, jedzonko w słoiczkach, ubranka, wózek, fotelik do samochodu już nie chciały „się płacić” same. Postanowiliśmy zmienić strategię: mama znajdzie pracę blisko domu i z elastycznym czasem pracy. Znalazłam. Praca na umowę o dzieło na prowizji. Ucieszyliśmy się nawet z tego, bo osiedle, na którym mieszkamy, to zagłębie mam z wózkami. Niestety, nawet gdybym była Paganinim tego fachu, możliwe do zarobienia pieniądze szły łeb w łeb z minimalną krajową. Wystarczyło na żłobek dla dziecka.
Podzieliliśmy nasze wszystkie wydatki na kilka kategorii. Przez kilka miesięcy zapisywaliśmy każdą wydaną złotówkę. Jedzenie – przejadaliśmy całkiem sporo pieniędzy.
Przestaliśmy kupować luksusowe smakołyki. Paliwo – drożało w zawrotnym tempie, więc i słupek z wydatkami rósł z miesiąca na miesiąc. Zracjonalizowaliśmy przejazdy według zasady „zero pustych przebiegów”. Ubrania – odkryliśmy, że w second handach można się naprawdę świetnie ubrać. Tylko frank szwajcarski okazał się kategorią, na której nie dało się oszczędzić. Poprzez wzrost kursu kredyt w przeliczeniu na złotówki stał się niemal o 30% wyższy. Obserwujemy notowania, śledzimy serwisy ekonomiczne i zastanawiamy się, jak najszybciej spłacić kredyt.

Mamy oszczędności, ale oboje jesteśmy przekonani, że naruszenie ich to ostateczność. Póki co są na wyżej oprocentowanym koncie. Oprocentowanie jest takie, że zrównuje się z inflacją. Szukamy możliwości inwestowania. Jesteśmy na bieżąco z serwisami dla inwestorów. Kakao czy pallad? Ja szukam „normalnej” pracy. „Normalnej” czyli za większe pieniądze. Równolegle rozwijam własną firmę w branży odpornej na kryzysy. Mój partner pracuje za dwóch. Dajemy radę, ale już nigdy nie zlekceważymy plotek o yeti.

Agnieszka Spiżewska